tygodniówka

TENIS NADWIŚLAŃSKI (niedziela)

11 marca – polskie turnieje (K)
18 marca –
25 marca –
1 kwietnia –
8 kwietnia –
15 kwietnia –
22 kwietnia –
29 kwietnia –

(OKOŁO)TENISOWY PRZEGLĄD TYGODNIA (poniedziałek)

12 marca – Pęknięta struna o Gonzo po tym jak poleci w I rundzie w Miami
19 marca –
26 marca –
2 kwietnia –
9 kwietnia –
16 kwietnia –
23 kwietnia –

BIBLIOTENIS (piątek)

9 marca – Bud
16 marca –
23 marca – Passent
30 marca –
6 kwietnia – Seles
13 kwietnia –
20 kwietnia – biografia Alize Lin. Rob z biblioteque nationale
27 kwietnia –

ARTYKUŁY HENRYKOWSKIE (środa)

7 marca –
14 marca –
21 marca –
28 marca –
4 kwietnia –
11 kwietnia – Bartek
18 kwietnia – Piotr
25 kwietnia –

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Ecce scriptorium

Taki Einstein nie komunikowałby się ze światem za pośrednictwem tweetów. Amerykański fizyk (młody) Nielsen niby otworzył debatę o tym, czy nauka powinna zostać zdemokratyzowana. Ale co ty znaczy? Bo jest internet i w ogóle. Czyli prosto można wszystko przekazać każdemu. Siedząc przy pulpicie wśród stery papierów, Semkowicz idzie do muzeum. Ale jak to? Odkrycia naukowe na Twitterze? “Niedzielni geniusze”? Za pan brat z Assangem?

*

Biurko – jakie jest, każdy widzi.

Stoi, a może leży, komp. W nim bazy danych, dokumenty, materiały, zdjęcia, teksty, nagrania. Wszystko, co się kolekcjonowało, co wydawało się potrzebne. Ale przecież wszystko może się okazać potrzebne. W życiu, w domu, niczego się nie wyrzuca, a się to składuje. Czasami przyda się nawet ulotka z Tesco.

W lewym rogu w głębi notatnik, datowany pewnie na lata 60. lub wczesne 70., a na jego kartach wypiski traktujące o czasach jeszcze wcześniejszych: Roland Garros od początku startów tam Polaków, czyli od roku 1925. Wszystko to na podstawie prasy francuskiej z okresu: “Le Figaro”, “L’Echo de Paris”, “Le Temps”, tudzież “Le Petit Parisien”, tytułów zdigitalizowanych przez Bibliotekę Narodową Francji.

*

Internet ułatwia, ale też rozleniwia. Wielki projekt digitalizacji wszystkich źródeł historycznych (dokumentów, prasy) przeniesie badania historyczne na dobre do prywatnych domów? Jakkolwiek nie wydaje się, by miało to nastąpić szybko. Semkowiczu, na razie siedź gdzie siedzisz.

Nauka powinna się dzięki “demokratyzacji” rozwijać szybciej. Człowiek chce pracować z rocznikami angielskiego dziennika z okresu międzywojennego. W Polsce nawet Biblioteka Jagiellońska jest uboga pod tym względem. Co robić? Jechać do Londynu? Ale wcale już nie trzeba się ruszać z pokoju. Prof. Krzyżanowski nie musiałby dziś tworzyć metodami “chałupniczymi” faksymiliów, które notabene wciąż służą studentom paleografii i dyplomatyki UJ (inaczej niż kamienica przy ul. Studenckiej).

*

Pod starym notatnikiem monografia polskiej prasy sportowej, oczywiście autorstwa Tuszyńskiego. To Krzyżanowski II połowy XX w.? Zabrać się za kompletowanie czegoś, co będzie służyć kolejnym pokoleniom badaczy. Nie wiem czy prof. Ordyłowski, historyk kultury fizycznej z Wrocławia, wciąż – mimo doceniania jego pracy – ma Tuszyńskiemu za złe, że nie oddaje pożyczonych materiałów.

Plastikowy pojemnik ze śmiecowymi rzeczami, a pod nim słownik wyrazów obcych Kopalińskiego. Bo polski nie jest językiem perfekcyjnym i istnieje potrzeba korzystania z wyrażeń w innym narzeczu, albo sprawdzenia co takowe – znalezione gdzieś – znaczy. Nie pamiętam, co za tom leży pod Kopalińskim.

Obok Kopalińskiego, na pojemniku na płyty, kalendarz, pewnie przeterminowany (na 2010 rok), ale ciągle użyteczny na notatki i kontakty.

*

Czy coś takiego jak – https://twitter.com/RealTimeWWII – relacjonowanie II wojny światowej “na żywo” przyczynia się do rozwoju nauki? (La Lettura, nr 2; io ti amo!!!) To jest popularyzowanie nauki. Podawanie jej w atrakcyjny sposób. Jak te historyczne magazyny, które rzucają na okładki sensacyjne hasła. Tabloidyzacja historii.

*

Pod ścianą faktura, jakiś notatnik A4, kabel do aparatu. Większy pojemnik na dvd, na których zbiera się archiwum.

Leży akredytacja na Tour de Pologne, na ścianie oparł się Daniel Martin potraktowany z dubeltówki przez blondynki Langa (dziennik wyścigu). Czyli zdjęcie musiało zostać zrobione w sierpniu 2011, po tym jak wróciliśmy z Wilkiem z Krakowa, z ostatniego etapu.

(Mam nadzieję, że w sierpiniu 2012 w tym samym miejscu będą leżeć materiały z Giro d’Italia.)

*

Gest dziewcząt z 27 maja w Reggio Emilii, rozdających trójkolorowe kokardy, podkreśla ambicję jedności, która karmi ten wyścig. Giro ma duszę. Ledwie trzynaście dni po wyborach do Zgromadzenia, na początku “nowej ery naszej historii”, trzeba powiedzieć, że “nie jest możliwością, by Włosi znów nie chcieli być razem”. Włosi wiedzą, że rozproszeni zginą, a zjednoczeni będą wyzwoleni. Giro d’Italia wzrósł w służbie przezwyciężenia wspólnych przeszkód. Neapolitańczycy i turyńczycy, Lombardczycy i Lacjowie, Wenecjanie i Emilianie, wszyscy Włosi, wiele regionów dla jednej cywilizacji i jednego serca, patrzą na Giro jak na lustro, w którym mogą się rozpoznać i przed którym mogą się roześmiać. (La Gazzetta dello Sport, 1947)

*

Obok niepozornego Martina zeszyt A3 bez okładki: skarbnica, indeks z Tarasiewicza, Dutkowskiego, niby-biografii Fibaka. Ten na lewo, z zielonkawką okładką, ma na swoich stronach dużo Kapuścińskiego, z reportaży, ostatnio z Herty Müller. Między dwoma zeszytami rozpoznaję moje opracowanie Herodota, o ile nie są nim któreś z papierów leżących na prawym skraju “parteru”.

Pod zeszytem bez okładki kolejny kalendarz, może i 2011, a pod nim jeden z największych skarbów tej małej przestrzeni: notatnik kolarski. Historia, cytaty, nazwiska, rekordy, gdzie co znaleźć, od Coppiego do Rubensa Bertogliattiego i jego Carli Pagani.

*

Jak już wygrzebałem pracę dyplomową, to podaję z niej:

Dziękuję Paolo Brerze, włoskiemu tłumaczowi Henryka Sienkiewicza, za udostępnienie materiałów archiwalnych autorstwa jego ojca, Gianniego Brery, wielkiego dziennikarza, popularyzatora lekkiej atletyki, “poety” kolarstwa, redaktora naczelnego “La Gazzetta dello Sport”.

*

Nie potrafię teraz zindentyfikować papierów, jakie leżą pod spodem. Gdzieś tam są media guides ATP i WTA, regulaminy ITF dla Pucharu Davisa i Federacji. Wszystkie pojedyncze papierki zawierają jakieś przydatne treści, których potem szuka się dwie godziny.

*

Biurko Andrei Montiego, od lutego 2010 roku redaktora naczelnego “La Gazzetta dello Sport”:

Wczorajszy dzień był moim pierwszym w «Gazza». Czytam ją, kocham od dziecka. Teraz przychodzi mi dyrygować nią. Siedzę za biurkiem. Za moimi plecami, na plakacie, Bartali podaje bidon Coppiemu. Obok mityczne «Wszystko prawdziwe!» z mistrzostw świata w Niemczech. Miliony każdego dnia biorą z nami udział w narracji tego, co stoi poza paroksyzmem przemocy kibicowskiej, szale obrazów i słów w telewizji, fałszu spektaklu bez wartości. To, co zostaje to czysta woda, która przemawia do naszych serc bardziej niż do mózgu: rozdział gazetowy tej wielkiej popularnej powieści, jaką jest sport. W galerii naczelnych widzę bródkę Eliso Rivery, który w 1898 roku spędził 22 dni w więzieniu za manifestację przeciw podatkowi na chleb narzuconemu przez gen. Bavę Beccarisa. Na półkach są skórzana piłka, fotografia Maradony, tęczowa koszulka Bettiniego. (La Gazzetta dello Sport, 2010)

“Gazzetta” jest o trzy dni starsza od nowożytnych igrzysk olimpijskich.

*

Na pierwszym piętrze widzę dużo baterii. Do myszy do kompa. Jest jakieś zioło, które Robak chciał, żebym mu kupił w aptece.

Na drugim piętrze, oprócz dokumentów i teczek wybitnie oficjalnych, trzy książki, od góry: Wesele, Dziady i Non-fiction, którą właśnie przeczytałem jednym tchem, cierpiąc razem z Domosławskim obalanie legendy Ricarda. Wyspiański służył najpewniej do zaczerpnięcia polszczyzny przez wyjazdem na 10 miesięcy za granicę. A Dziady, oprócz użycia ich cytatów w jakichś tekstach, chciałem polecić Tomahawkowi.

A jest jeszcze półka wysuwana, niby na klawiaturę. Ten plik kartek, z popodkreślanymi wyrazami i nadpisanymi polskimi znaczeniami, to wydruk ebooka, Dama Azul Javiera Serry. Dotarłem może do 1/4. Pierwszą książkę po kastylijsku skończyłem we wrześniu: La ciudad y los perros Vargasa Llosy.

Posted in Uncategorized | 1 Comment

Adam Gagnon, trener Piterówny

« Pierwszy raz zobaczyłem ją w styczniu 2011: przyjechała potrenować na dwa tygodnie do Michiela Schapersa. Wtenczas pomagałem Michielowi, ale byłem kontuzjowany, tak że nie mogłem grać, no więc tylko się przyglądałem innym i wyrażałem swoje opinie. Zrobiliśmy wiele filmów, analizując wszystkie możliwe uderzenia. Po tym skupiliśmy się przede wszystkim na tym, by sprawić, by jej forhend stał się bardziej przenikliwy, by jej tenis był bardziej ofensywny. Spróbowaliśmy też nieco popracować nad techniką serwisu, nadać mu więcej spinu. Z tego, co mi mówiono, zawsze była bardzo defensywną zawodniczką, zdolną do odegrania każdej piłki, która przeleci przez siatkę. Od tego zaczęliśmy: chcieliśmy dać jej forhendowi ofensywnej mocy, tak samo serwisowi. Ma całkiem dobre ruchy przy podaniu, ale trzeba było dodać do tego spin, by potrafiła trafiać w takie miejsca kara serwisowego, których wcześniej nie była w stanie sięgnąć. Ofensywny serwis nie musi oznaczać, że to szybki serwis: dodanie spinu może np. przyczynić się do tego, że piłka wychodzi szeroko na zewnątrz. Z bekhendem nie musi nic robić: jest niezawodny, więc głównie pracowaliśmy nad serwisem i forhendem. Ale teraz widzę, że możemy popracować także nad jej bekhendem. Jestem rozwlekły. »

« Michiel kładzie duży nacisk na technikę. Jego oczy są jak kamera odtwarzająca potem obraz w zwolnionym tempie: potrafi dostrzec wszystko. Na tym polega jego fachowość: zwraca uwagę na pozycję łokcia, ruch rakiety. »

« Staram się, by przy jej forhendzie bardziej pracowały nogi. Ręce są ok, może manewrować piłką po korcie ze swoimi zdolnościami, ale nie wykorzystuje do końca kolan i nóg, szczególnie prawej. Jeśli nie ma tego problemu, jej forhend jest znakomity. Z technicznego punktu widzenia chciałbym zobaczyć u niej więcej pracy nóg i więcej ofensywy. Żeby po krótkim odegraniu potrafiła karać rywalki forhendem, zamiast biegania i celowania piłki w narożniki. Robi to już ze strony bekhendowej: jeśli poślesz jej krótszą piłkę na bekhend, będziesz w poważnych tarapatach. »

« Już po kilku tygodniach zobaczyłem zmiany na lepsze. Widzę to na treningu: tam się zaczyna, nie zawsze jest podczas meczu, ale będzie. Jeśli przyszedłbyś zobaczyć ją na treningu, zobaczyłbyś zabójczy forhend. Dużo zależy od zaufania: jeśli będę to dalej ćwiczyć, już wkrótce zadziała. Być ofensywnym podczas treningu jest łatwo, ale podczas meczu musi zaufać sama sobie: bo jeśli raz nie trafi ofensywnego forhendu, powie sobie oooohh, musi po prostu próbować dalej. Musi sobie zaufać: kiedyś w końcu zacznie wchodzić, w końcu stanie się to częścią ciebie. Ona ciągle jest na drodze do osiągnięcia tego stopnia. To uderzenie jest w niej, tylko musi być bardziej pewna siebie, sprostać temu. Przy każdym punkcie rozegranym podczas meczu. »

« Oczekiwałbym od niej dwa-trzy turnieje więcej, by ten obecny forhend z treningu stał się lepszy nawet podczas meczów. Warto, byś przyszedł zobaczyć ją na trening, bo tam jest naprawdę nieustępliwa. Zaczyna się od treningu: tam wierzy, że może to zrobić i to tylko kwestia czasu, by to samo zaczęło działać także podczas meczu. Już widzę, że próbuje tego podczas meczu, z pewnymi sukcesami, bo tak bardzo chce wygrać i wie, że może zrobić to o wiele lepiej. Jeszcze kilka razy musi sobie zaufać. Nawet jeśli nie wychodzi mi tu, teraz, w tym meczu, kiedyś przyjdzie i nie mogę zarzucać swojego planu. Moja praca jako trenera polega na kontroli tego, by ciągle podążała za właściwym tropem. Nawet jeśli nie jest dzisiaj, będzie jutro, pracuj tak dalej, w końcu zadziała. »

« Myślę, że to jest wielka sprawa, z którą mamy teraz do czynienia: oczy Michiela. Za każdym razem, gdy wracamy do Amsterdamu, Kasia jest bombardowana przez tą znakomitą metodę (technikę). I on, i ja upewniamy się, że jej tenis jest bardziej ofensywny. Podczas turniejów nie męczę jej już technicznymi sprawami, troszcząc się głównie o to, by w siebie wierzyła, by wiedziała, że robi wszystko dobrze. W wypadku Kasi to jest coś: jeśli w siebie wierzy, pokonać jest ją bardzo, bardzo ciężko. »

« Z Michielem pracujemy nad tym, by przy jej forhendzie miała luźniejszy nadgarstek, żeby szła na piłkę przy forhendzie. »

« Ma świetne oczy: to jeden z jej najcenniejszych atrybutów. Poza tym zmysł do tego, by wiedzieć gdzie powinna zagrać, szukać na korcie kątów. Czuje się komfortowo na linii końcowej, podczas przejścia do przodu i także pod samą siatką. Może trafiać w każde miejsce na korcie z każdego miejsca na korcie. To jeden z powodów, dla którego jej ranking deblowy jest taki wysoki. Nie ma miejsca na korcie, w którym czułaby się niekomfortowo. Trzeba jej pewności siebie, trzymania głowy w górze: to jest zadanie dla niej. Jeśli nie ma presji, także presji płynącej od niej samej, gra najlepiej. Obejmuje swoją grą cały kort: dobre oczy i zmysł. Dziś, kiedy gra tak wielu dziewczyn charakteryzuje się zwracaniem każdej piłki, trzeba Kasi wejść na wyższy poziom: wywarcia większej presji. Ona to dostrzega i tego chce. »

« Trudno zmienić to jak przełożenie w rowerze: dziś biegam do każdej piłki i zabijam bekhedem, ale od jutra powiedzieć rywalkom: robię krok do przodu i teraz dam ci wycisk. Zwykle są to dwa różne rodzaje zawodniczek. Ktoś ma charakter defensywny, ktoś inny ducha bardziej bojowego. Kasia próbuje być dziś obojgiem: odegrać każdą piłkę, ja to nazywam ewolucja. Ewolucja Kasi zaczęła się od tego, że zwracam piłki, jestem świetnym sportowcem, widzę wszystko na korcie, ale to nie wszystko: chcę ukarać rywalki, lepiej mnie nie prowokuj, lepiej respektuj mój krótki forhend, tylko spróbuj posłać mi krótszy drugi serwis. Już można to zobaczyć: to jest w niej. Teraz musimy oczekiwać, że będzie w to wierzyła w każdym kolejnym meczu, to kolejny poziom. »

« Zobacz, jak wiele dziewczyn tutaj ma uderzenia, nad którymi musi popracować, ale tego nie robią. Gdy zapytasz zawodniczkę: co musisz zrobić, by przejść na następny poziom, powie ci: ja wiem już wszystko, co muszę zrobić. Ale czy to robią? Aaa, to już inna historia. Kasia jest proaktywna: robi, nie mówi. Przyjechała do Amsterdamu, żeby stać się lepszą tenisistką. I znalazła nas. To pokazuje jej osobowość: wymaga od siebie więcej, chce się rozwijać. Pracując z nią, widzę to. To coś, co jest rzadkie. Ludzie często mówią: wszystko działa dobrze, nie muszę wprowadzać żadnych drastycznych zmian. Kasia wie, że zmiany są potrzebne i że wcale nie będą łatwe. To trzeba mieć, jeśli chce się ewoluuować. »

« Trudno jest być defensywnym w deblu. Debel jest dla niej jak pole uprawne do pracy nad ofensywnym forhendem, byciem agresywną przy siatce, chodzeniu na piłki, kończeniu krótszych piłek. Jeśli nie jesteś agresywny w deblu, koniec z tobą. »

« Nie widzi się często takiej gry w kobiecym deblu. »

« Mój styl jest taki, żeby pokazać zawodniczce, gdzie powinna iść, a czego nie powinna robić. Michiel i ja jesteśmy jak zły policjant i dobry policjant. Jeśli nie robisz tego, co od ciebie wymaga, on to od ciebie i tak wyciągnie. Ja staram się być spokojny, choć po meczu z Kanią mieliśmy poważną rozmowę. Wiem z doświadczenia, że szczególnie z młodymi dziewczynami musisz najpierw zyskać ich zaufanie, żeby się przed tobą otworzyły. I ich słuchać, to staram się teraz robić, powiedzieć jej: patrz, złap mnie za rękę, chodźmy. Nie chcę być kimś, kto dyryguje nią palcem wskazującym. Tak pracuję przez całą moją karierę trenerską. Może reakcja niektórych zawodniczek będzie nieoczekiwana, może stosuje za dużo cukru, ale myślę, że to dobry styl: osiągnąć cel wspólnie. »

« Ma niesamowite możliwości, by być wielką deblistką. Jeżeli będzie się dalej rozwijała w taki sposób, może być jedną z najlepszych. »

« Pracowałem w Stanach, dużo prywatnej pracy z USTA, ale wszystko w ramach Player’s Development. Federacja wspiera grupy 14- czy 16-latków, ale wszystko w grupach, nie indywidualnie. W Amsterdamie prowadzę akademię z Michielem. Z Kasią to moja pierwsza praca jako trener podróżujący z zawodową tenisistką. Tak ustaliliśmy z Michielem. W akademii mamy numer 1 juniorów w Holandii i numer 1 kadetów. Być może w przyszłym roku i Michiel i ja będziemy jeździli obaj z wybranymi zawodnikami. Teraz jednak jestem skupiony na Kasi, z którą podpisaliśmy roczny kontrakt. »

« Jest całkiem wysportowana, nie ma problemów z kondycją, to nie jest problem. Wiadomo: każdy może się w tym aspekcie poprawić, ale to też jeden z punktów, nad którymi chcemy się skupić między sezonami. Wiadomo: chcesz być agresywniejsza, bądź silniejsza, wzmocnij nogi i wszystko inne wzwyż. Pracuje z trenerem przygotowania kondycyjnego: Flores Minnaar, który pracuje dla programu rozwoju zawodników Adidasa. Nawet ona by to powiedziała: chce być mocniejsza. Podczas tego turnieju kierują wszystko na jej forhend, a jak się rozwinie, to to Kasia będzie chciała powiedzieć: no chodź teraz, chodź na mój forhend. »

« Trzy lata temu się przeprowadziłam, nie miałem nic ustalonego. Po prostu się pojawiłem i powiedziałem sobie: co ja, u diabła będę tu robił. Miałem dużo szczęścia, że w miejscu, do którego się wprowadziliśmy, to było południe Amsterdamu, niedaleko miejsca gdzie Michiel pracuje. Po prostu się zdarzyło, że się spotkaliśmy, było sympatycznie i miałem szczęście rozpocząć z nim współpracę. Wielu ludzi zabiłoby, by mieć tę szansę. Michiel to legenda. Jesteśmy dobry policjant, zły policjant: on jest bardzo poważny, jego styl trenowania jest dokładnym przeciwieństwem mojego, to jest dobre dla dzieci z akademii, dobrze jest mieć do czynienia z dwiema różnymi mentalnościami: Przekazać tę samą wiadomość na dwa różne sposoby. To był też dobry moment. Pracował wtedy z Olaru, a jego matka zachorowała na nieuleczalny nowotwór. Powiedział Olaru: ja po prostu nie mogę więcej z tobą jeździć. Został w domu i skupił się na swojej akademii. Zaczął sprowadzać więcej dzieci, no i zaczął potrzebować pomocy. »

Piter straciła końcówkę sezonu 2011, bo złamała nogę w Holandii.
Wywiad z poznanianką w portalu SportoweFakty.pl.
O ewolucji Piter można przeczytać w grudniowym wydaniu miesięcznika “Tenisklub”.

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Virtus sola homines beatos reddit

Jak bardzo chciałbym zobaczyć teraz nasze twarze, gdy – chyba w pierwszej klasie liceum, Wilku rozłożył na ławce “France Football”. Mamy w rękach legendę. A więc to jest czasopismo, które co roku przyznaje najważniejszą nagrodę w piłkarskim świecie. To, co red. Górecki, mój guru poliglota, zdołał wkomponować w swój codzienny raport o ligach zagranicznych w katowickim “Sporcie”, tutaj mieliśmy w wersji oryginalnej. Skanowaliśmy wzrokiem skrawek po skrawku. Nie rozumieliśmy nic.

Bariera językowa dodawała jeszcze większej powagi periodykowi, a dostał się on do nas przez jakiegoś wujka, który pojechał na wakacje na Lazurowe Wybrzeże. Jakbyśmy wtedy znaleźli się, po długim poszukiwaniu, ale bez żadnego przygotowania, w nowo odkrytej krypcie z wyrytymi na ścianach hieroglifami. Zafascynowani bardziej niż skonsternowani. Do ostatnich stron, gdzie “France Football” drukował wyniki ligowe. Mecz jakiejś tam ligi nie posiadał wyniku, jedynie dopiskę “remis”. Wydawało nam się to dość podejrzane. Jak remis, to dlaczego nie napisali czy były bramki? Wtedy zadziałały rozpalone głowy, mieszczące niezliczone rezultaty, nazwiska i nazwy. Futbol był światem, w którym żyliśmy. Wiedzieliśmy, że dany mecz został przesunięty na inny termin, co oznaczało, że odkryliśmy zupełnie inne niż mogłoby to wskazywać odczytywane przez Polaka znaczenie słowa “remis”.

Tak działa czasami nauka. Tak czeski lingwista Hrozný, w czasie I wojny światowej, odczytał pismo hetyckie i poznaliśmy najstarszy ze znanych dziś języków rodziny indoeuropejskiej. Często trzeba geniuszu, talentu do dyscypliny. Najbardziej jednak do osiągania wielkich rzeczy potrzeba pasji.

Dziś Wilku włada biegle francuskim. Kilka lat naprzód musiałem go podnosić na duchu, bo był przygnębiony perspektywą rozgrywania mistrzostw świata w Brazylii w godzinach, w których będzie prawdopodobnie pracował. Dziś przegrałbym z nim “egzaminy” z wyników, ale w quizie z historii piłki wciąż byłby remis(!), jak wtedy gdy w poszukiwaniu nazwiska kapitana kolumbijskiej kadry przez pół godziny wydzwanialiśmy do ludzi, a gdyby wyładowała nam się bateria w telefonie, pewnie zatrzymalibyśmy samochód na stacji benzynowej i nagabywali tych załamujących ręce nad cenami paliw biedaków.

Niektórzy ludzie nie mają wiele do powiedzenia generalnie. Ale gdy mają szansę wypowiedzieć się na temat, który ich dotyka, jakby zmieniają swoją naturę. A tym tematem nierzadko jest sport.

O. Lacordaire, wskrzesiciel dominikanów we Francji, uważał elokwencję za córę pasji. – Dajcie mi kogoś z wielką pasją – mówił, może podczas którejś ze swoich skupiających masy konferencji w katedrze Notre Dame – a zrobię wam z niego wielkiego mówcę.

Nie trzeba przekonywać, że słowo zmienia świat. Trzeba się bać, że dziś słowo docierające do wielkich rzeszy to głównie “internet i jakieś pierdoły”, jak mówi Paweł Zarzeczny, żaden autorytet, ale akurat w tej dyscyplinie nieprzekraczający granic dobrego smaku.

Boli, że moralnie upada prasa, ta sportowa. Nie można dziś wierzyć Dostojewskiemu, że Красота спасет мир. Gdy “La Gazzetta dello Sport” poprzez dobór tematów, generalnie tabloidyzację, traci w oczach konserwatystów (ale nie czytelników, dla których dziennik otworzył właśnie… firmowy sklep w centrum Mediolanu), moim zdecydowanym numerem jeden na rynku pozostała “L’Équipe”.

Kampania “Partageons le sport”, sprzed jakichś dwóch lat, inspiruje, jak młody Einstein i zadzwoń do mamy.

Przypomina mi Taczera. Nie wierzyłem w jego pasję do Interu. Jak można być za Interem? Poznaliśmy się na pół godziny przez egzaminem na prawo jazdy. Już przy uściśnięciu dłoni zaczął wspominać początki Adriano w Interze. Tego dnia nie zdałem ani on, ani ja. Mieliśmy się pożegnać do kolejnej próby, ale zanim to nastapiło przez dwie godziny krzyczeliśmy do siebie, stojąc twarzą w twarz, rzucając argumenty za wyższością Milanu/Interu (jak można być za Interem?), a miny przechodniów w częstochowskich Alejach mogły nie wyrażać zdziwienia tylko dlatego, że w miejscowy krajobraz na dobre wrośli już głośni Włosi.

Jutro Nowy Rok i nowa “L’Équipe”. Bo “L’Équipe” wychodzi też w Nowy Rok. Wchodzi w rok, w którym ufa, że Francuzi będą mogli w końcu zrewanżować się sąsiadom zza Pirenejów. “W końcu konkurencja, w której Hiszpanie nie mają żadnej szansy na zwycięstwo” – reklamuje “L’Équipe” swój przyszłotygodniowy magazyn, w którym przedstawi sylwetki 40 ulubionych sportowców w kraju. Reklama nie przesadza, nie dodaje. “L’Équipe”, królowa zna swoją wartość.

Nie wierzyłem w opowieści znanych ludzi, że uczyli się czytać na gazetach, na jakimś “The New York Times” czy “La Gazzetta dello Sport”. Ale już wiem, że można. I że to pasjonujące.

Kiedy stawiając z Wilkiem kolejny krok w naszych kontaktach z profesjonalną prasą sportową udawało nam się dostać “L’Équipe”, byliśmy w siódmym niebie. Wilku czytał jedną stronę godzinę, bo do dziś paryska gazeta zachowuje duży format. Ja w tym czasie chłonąłem, poznając włoski język, “Corriere dello Sport” – futbolowe strony od deski do deski. Świat był nasz. Sport oglądany poprzez obcojęzyczny wizjer zdawał się być wspanialszy, bliższy. Czytelnik był ważny. Dopiero mając materiał porównawczy, najpierw nieśmiało (bo trudno było się do tego przekonać), potem zdecydowanie, stwierdziliśmy mizerię rodzimej prasy sportowej. I codziennie zdawaliśmy sobie relację z tego, co udało nam się zrozumieć w tej zagranicznej.

Dlaczego “L’Équipe” jest najlepsza?
- nie promuje na siłę futbolu
- pracują tam fachowcy
- o mistrzostwach świata w judo czy szermierce nie czytają tylko ci zainteresowani tymi dyscyplinami, bo dziennik prezentuje przed takimi imprezami w atrakcyjny i zrozumiały sposób zasady gry itp.
- ma korespondentów praktycznie “wszędzie”
- publikuje analizy i raporty, których nie widziałem nigdzie indziej
- forma jest niezwykle przejrzysta
- relacjonowanie Tour de France zasługuje corocznie na Oscara: jest wzorem

Nie jestem pewien, czy bez profesjonalnej prasy wygasałby mój zapał do wiedzy o sporcie światowym, ale byłaby ona o wiele uboższa. Wiem, że bez owej prasy nie miałbym takiej ogromnej woli opanowania języka obcego. Nie mogę znieść faktu, że czegoś nie rozumiem.

Χριστόφορος

Posted in Uncategorized | 1 Comment

Tegoroczne sukcesy pod egidą PZT?

Gala 90-lecia Polskiego Związku Tenisowego nie mogła odbyć się gdzie indziej, jeśli nie w stolicy. Miejsce może dość dziwne: Multikino w Złotych Tarasach, ale wybrane ponoć z powodu znakomitej akustyki w jednej z sal.

Samą galę prowadziła Alicja Resich-Modlińska, bardzo często widywana podczas turniejów artystów, które towarzyszą np. challengerom w Poznaniu czy Szczecinie. Trafny wybór. Gala podzielona była na cztery części:
1. Powitanie.
2. Film dokumentalny Janusza Zaorskiego o historii tenisa.
3. Wręczenia odznaczeń.
4. Część rozrywkowa z udziałem Marcina Dańca (artysta grający w tenisa).

Nad powitaniem rozczulać się nie trzeba, ale o filmie Janusza Zaorskiego można sporo powiedzieć. Dokument był dobry szczególnie dla laików, którzy znają tylko same nazwiska z historii. Archiwalne filmy, wypowiedzi, rok po roku aż do współczesności. Od Wojciecha Fibaka szybko przenieśliśmy się do czasów Magdaleny Grzybowskiej, która żałowała, ze tak wcześnie zakończyła karierę. Urodzona w Poznaniu zawodniczka nie pojawiła się na gali. Od razu po Magdzie przeszliśmy do Agnieszki Radwańskiej i debla Fyrstenberg/Matkowski. Jeśli chodzi o turnieje, to wspomniano wyłącznie o Warsaw Cup by Heros oraz zawodach w Sopocie. Film zakończyły życzenia tenisistów i artystów dla PZT na 90-lecie. Wiadomo, że czas dla autora filmu był ograniczony, ale można było z życzeń zrezygnować, dzięki czemu byłby bardziej uniwersalny. Zabrakło choćby słowa o Marcie Domachowskiej, no i o Łukaszu Kubocie, co kilka minut później “wypomniał” Fibak.

Po nagrodach dla… (tyle tego było, że i tak nie wymienię wszystkich, ale między innymi:) Wojciecha Fibaka, Tadeusza Nowickiego, Adama Królaka, Henryka Dondajewskiego, Kordiana Tarasiewicza, Katarzyny Teodorowicz, oraz Ryszarda Krauze. W kolejnych “partiach” nagród wyróżniono Bydgoszcz, jako miasto przyjazne sportowi (jeśli o tenis chodzi, to odbywa się tam tylko turniej z cykli ITF dla mężczyzn), a także Ireneusza Maciochę za turniej Pekao Szczecin Open (w pełni zasłużona nagroda, tenisiści uwielbiają tam grać, a pod względem organizacyjnym jest to najlepszy turniej w Polsce, który zachowuje ciągłość). Na koniec odznaczono tenisistów: obie siostry Radwańskie, Fyrstenberga i Matkowskiego oraz Kubota. Zabrakło w tym gronie przede wszystkim Klaudii Jans-Ignacik oraz Alicji Rosolskiej (jeden wspólny tytuł i dodatkowo dwa zwycięstwa Rosolskiej z innymi partnerkami). Może dziewczyny nie potrafiły kwalifikować się do finałów dużych turniejów, ale zwycięstwo podczas Wimbledonu nad zwyciężczyniami Roland Garros na pewno cieszy. Agnieszka Radwańska krótko podziękowała za nagrodę, Urszula nie powiedziała nic. Marcin Matkowski podziękował Ryszardowi Krauze, mówił, że gdyby nie on, to żadne z nich (miał na myśli pozostalych wyróżnionych) mogłoby nie zajść tak wysoko. Mariusz Fyrstenberg dołączył się do podziękowań.
Największą furorę zrobił Łukasz Kubot, który przez dłuższą chwilę nie był w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Był bardzo wzruszony wyróżnieniem, bo przypomniał sobie, jak będąc młodym, musiał wstawać o 5 rano, by zdążyć dojechać do Wrocławia na trening, bo w Lubinie nie miał warunków do uprawiania tenisa. Dodał, że nigdy nie wierzył, że będzie wygrywać te największe turnieje, ale bardzo chciał w nich grać i to się spełniło.

Po części oficjalnej duża część osób opuściła salę, jakby wiedziała, co się stanie. Na scenie pojawił się Marcin Daniec i przez godzinę zabawiał gości zaproszonych przez Polski Związek Tenisowy. W miarę upływu czasu kolejni goście opuszczali salę.

Kiedy było już po wszystkim okazało się, że siostry Radwańskie zniknęły, a najbardziej popularnym wśród dziennikarzy zawodnikiem okazał się… Łukasz Kubot.

Nie pamiętam czy powiedział to ktoś w życzeniach dla PZT czy już przy odznaczaniu… powiedziano, że dobrze byłoby się doczekać kolejnego dobrego debla. Oprócz tego, że prawie zapomniano o challengerach, nikt nie pamiętał o zwycięstwach Tomasza Bednarka i Mateusza Kowalczyka, pominięto tegoroczny sukces Marcina Gawrona i Andrzeja Kapasia. Nikt nie wspomniał, że to w nich można się dopatrywać następców aktualnie najlepszej polskiej pary.

Nie wspomniano również o inicjatywie Siemens AGD Tennis Team, w której uczestniczą między innymi Fyrstenberg i Matkowski, ale także Marcin Gawron oraz młodsi: Philip Gresk, Szymon Walków oraz Kamil Gajewski. A ponoć sam projekt powstał przy współpracy PZT.

Pojawili się najlepsi polscy tenisiści, jak się okazało – zawdzięczający bardzo dużo Ryszardowi Krauze. Ile zawdzięczają PZT? Nie wiem, ale może raczej życzmy właśnie Ryszardowi Krauze – wszystkiego najlepszego i kolejnych zawodników, którym jego pomoc, pozwoli im się wzbić na szczyt!

Domi

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Nad Sekwaną

Szaro, ponuro, zimno, brudno – witamy w Paryżu jesienią. Ciężko uwierzyć, że to jedna ze stolic świata, kiedy na każdym kroku walają się śmieci, a napotykany po drodze element budzi skojarzenia raczej z nowojorskim Harlemem niż z Wieżą Eiffla.

Do hali Bercy ciężko nie trafić. Widać ją z daleka, a przystanek metra dla niepoznaki nazywa się “Bercy”. W wagoniku natknąłem się na ciekawe ogłoszenie (HIT w USA!): można sobie kupić… followersów na Twitterze, “Lubię to!” na Facebooku czy obejrzenia własnego filmu na YouTube! Cena, bagatela, 200 euro za 1000 osób śledzących naszą twitterową działalność, 10 tysięcy obejrzeń filmu na YouTube albo 2000 facebookowych like’ów. Ponoć przewidziane są też oferty dla bardziej wymagającej klienteli.

11 listopada to święto także we Francji, tak więc moje pojawienie się na miejscu o 10 rano było katastrofalnym błędem (pierwszy mecz przewidziano na godzinę 14). Nie byłem jedyny i o 10:30 czekał już niemały tłumek, choć hala była zamknięta na trzy spusty. Można było nawet usłyszeć – Ale wczoraj już o tej porze grali! – jednak wysoki pan w eleganckim przyodzieniu szybko ostudził oczekiwania czekających oznajmiając, że przed 13 nie wpuszczą nikogo. Tak więc radośnie udałem się na pieszą przechadzkę po okolicach Gare de Lyon, by uniknąć całkowitego zamarznięcia. Jak widać, przyzwyczajenia z turnieju WTA w Warszawie (jedynym z zawodowego cyklu, na którym do wczoraj miałem okazję być) kompletnie się nie sprawdziły.

Gdy w końcu motłoch został wpuszczony, natychmiast udałem się zlokalizować moje siedzisko. Jak się okazało, był to najostatniejszy z ostatnich rzędów w hali (a Bercy jest wielka), co jednak kompletnie nie wpłynęło na widoczność spotkań. Zresztą czego się spodziewać po najtańszym bilecie za 25 euro? Tak więc rozsiadłem się wygodnie i rozkoszowałem się porannym treningiem Federera z jakimś francuskim juniorem. Ciekawą rolę pełnił Paul Annacone. Ubrany w szykowny dresik robił za… ball-boya, zasuwając raz za razem po piłki dla Mistrza.

Na kort jako pierwsi wyszli Murray z Berdychem. Miałem mieszane uczucia co do tego spotkania. Murray w mitycznej formie, 17 zwycięstw z rzędu. Przez brytyjską prasę już określany jako pierwszy poważny kandydat od czasu Roda Lavera na ugranie klasycznego Wielkiego Szlema w 2012 roku, Berdych zaś prezentował się ostatnimi czasy umiarkowanie dobrze. Nie spodziewałem się czegoś wybitnego po tym meczu i przyznam, że doznałem szoku.

Pierwszą niespodzianką była dla mnie postawa kibiców. Moje skojarzenia po oglądaniu “popisów” francuskiej publiczności na Roland Garros były dość jednoznaczne – hołota, która buczy i wyje przy każdej okazji, nie dając w spokoju grać zawodnikom. Jakże ta hołota się zmienia, jak na korcie nie ma francuskiego tenisisty! Doping dla obu był naprawdę głośny, znakomite akcje nagradzano gromkimi brawami, zaś po prostych błędach panowała w zasadzie cisza. Zarówno emocji, jak i poziomu stricte tenisowego nie zabrakło. Końcówka II i III seta rozgrzała kibiców w Paryżu do czerwoności (warto w internecie zobaczyć dowolną powtórkę z końcówki III partii) i wrzawa była niesamowita. Po meczu Czecha nagrodzono długą i zasłużoną owacją na stojąco.

Potem czas na Federera. O tym, spotkaniu nie można napisać więcej niż “rozczarowanie”. Narażam się na krytykę miłośników geniuszu Szwajcara, ale psuł on połowę piłek, a dobre, składne akcje zakończone efektownym winnerem można było policzyć na palcach jednej ręki. Niech wymownym obrazem będzie to, że głośniejsze brawa dostał Berdych. A Francuzi Federera naprawdę kochają.

Mecz Djokovicia z Tsongą się nie odbył z powodu urazu Serba. Tu publiczność dała próbkę swoich możliwości, bowiem na wieść o tym lider rankingu został wybuczany naprawdę głośno. Co się zresztą dziwić? Bohater sezonu miał grać z bohaterem Francji. Szykował się hit, wyszedł kit. Ciekawi mnie tylko, czy kibice mu wybaczą w przyszłym roku, czy jest już dla nich stracony.

I na deser Isner z Ferrerem. Bardzo mnie ciekawiło, jak wygląda serwis tego wieżowca z Ameryki. A wygląda tak, że… nic nie widać. Piłkę wystrzeloną z pułapu 3,5 metra z prędkością 225 km/h można ujrzeć dopiero gdy zawodnik z drugiej strony returnem w efektownym wypadzie przebije ją na drugą stronę. Po tym spotkaniu jeszcze bardziej wzrósł mój szacunek do tenisistów. Ja tę żółtą plamkę ledwo widzę, oni skutecznie takie podanie odbierają!

Ostatnio, na wszelakiej maści tenisowych forach częste są narzekania na poziom dzisiejszego tenisa. Że nudny, że łupią, że przerzucają, a do gry przy siatce się nie kwapią. Po popatrzeniu w jakim tempie ci zawodnicy “przerzucają” konieczna jest natychmiastowa weryfikacja poglądów. To naprawdę są ekstremalnie sprawni ludzie, potrafiący kursować z lewa na prawo przez 3 godziny i do tego sypać piłkami wygrywającymi czy kąśliwymi zagraniami. Niech grom mnie strzeli, jeśli nazwę jeszcze Berdycha “drwalem” czy Ferrera “nudnym ziemniakiem”.

I na koniec drobne obserwacje. Znam osoby, które twierdzą, że rozgrywki kobiece mają się wspaniale, a poziom jest wysoki jak nigdy. Przyznam, że mając porównanie między turniejami WTA w Warszawie (gdzie grały naprawdę cenione zawodniczki), a Mastersem w Paryżu, naprawdę zastanawia mnie i dziwi, dlaczego tenisiści i tenisistki zarabiają tyle samo. Dlaczego zawodniczki grające na poziomie bardzo dobrego juniora dostają za wygranie imprezy tyle samo (a czasem i więcej), co zawodnicy pokroju Federera czy Murraya. Pustki na trybunach podczas kobiecych spotkań na imprezach łączonych zdają się wyraźnie pokazywać, kogo publiczność chce oglądać.

Bardzo różni się też sposób pojmowania sportu we Francji i w Polsce. Na pewno nie bez znaczenia było, że piątek był dniem wolnym, ale hala Bercy, mogąca pomieścić 14 tysięcy widzów, była wypełniona w zasadzie do ostatniego miejsca. Smutek mnie ogarnia, kiedy przypominam sobie mecze Szarapowej czy Woźniackiej na warszawskiej Legii i w zasadzie puste trybuny. Nad Sekwaną turniej tenisowy jest wydarzeniem rodzinnym i towarzyskim. Na mecze przychodzą rodzice z dziećmi, babcie z wnukami, młodzież i ludzie już starsi, przyjeżdżają nawet szkolne wycieczki! I wszyscy świetnie się bawią.

 

robpal


Posted in Uncategorized | Leave a comment

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Libri amici, libri magistri

Nie wiem dlaczego akurat w ostatnich dniach tak wiele sygnałów każe zastanowić się nad przyszłością książki drukowanej. Przykłady, jak się rzekło, z kilku tylko ostatnich dni.

1. Wstępniak do kulturalnego dodatku dziennika “ABC”, który notabene w ten wtorek ukazał się po raz 35000. Rafael Reig, powieściopisarz z Asturii, przywołuje powtarzającą się w jego dzieciństwie sytuację:
- Gdy mówiłem swoim księżom, że brakuje mi wiary, kazali mi paść na kolana i modlić się dopóty, dopóki nie zacznę wierzyć.
Dla Reiga była ta pierwsza w życiu lekcja “zasadniczego materializmu”. Dziś wraca wspomnieniami do traumatycznych chwil, gdy zastanawia się, w jaki sposób można odzyskać wiarę w czytanie.
- Siadaj i czytaj, aż zaczniesz wierzyć. Ale wierzyć w co? Na czym polega wiara czytelników? Wydaje mi się, że w głębi każdy kto czyta wierzy, że lektura jest jakąś formą zbawienia. Że czyni z ciebie lepszą osobę, szczęśliwszą.
Jeszcze coś. Jeszcze coś związanego z wiarą, tą katolicką. Porównanie ze Światowym Dniem Młodzieży, we wrześniu zorganizowanym w Madrycie.
- Noce Książki [też w Madrycie - tutaj link: http://www.madrid.org/lanochedeloslibros/] przywołują na myśł entuzjazm ŚDM. Wielkie Święto Czytelnictwa (wcześniej znane jako Święto Książki) też zasługuje na takie domki jak te wybudowane konfesjonały.
I jeszcze coś.
- Tak jak w niebie, więcej radości przynosi jeden grzesznik, który zaczyna czytać niż 99 sprawiedliwych, którym wcześniej to nie szkodziło.

2. W Polsce też mamy inicjatywy, może nie robione z takich rozmachem jak te w Madrycie. W tym tygodniu: akcja Przygarnij Książkę w Łodzi. Bierz reklamówkę i ładuj ile się zmieści. Płacisz 15 zł i to wszystko jest twoje. Cena jest śmieszna, szczególnie w porównaniu z Barceloną, gdzie nawet używane książki kosztują często więcej niż u nas nowe. (Domi, dzięki. Za rok do Ciebie dołączę).

3. José María Izquierdo wydaje antologię obelg i prowokacji, jakie wstrząsnęły mediami w ostatnich latach. “Wrzutów” bezpośrednich, takich jeden na drugiego, jest mniej niż może sugerować tytuł (pol. Tysiąc zdań najbardziej drapieżnych…). Ważne, że temat się sprzeda.

4. David Alandate na traktujących o rynkach finansowych stronach dziennika “El País” radzi nad “zmierzchem” wielkich księgarni amerykańskich. Ważna uwaga: amerykańskie księgarnie to takie, gdzie na olbrzymiej przestrzeni, na jednej z wielu kanap, przy jednym z wielu stolików, można sobie siąść przy kawie i “napocząć” książkę, którą byśmy chcieli kupić.
“Te wielkie sklepy przeobraziły się teraz w pustelnie. Albo w restauracje” – donosi waszyngtoński korespondent.
Niedaleko miejsca, gdzie pracuje, sieć Border’s zamknęła niedawno ostatnią ze swoich 503 księgarni. To samo dzieje się z Foggy Bottom, gdzie książki kupowali m.in. Dick Cheney i Donald Rumsfeld. Dobra i zła wiadomość o sieci Barnes&Noble: księgarnia istnieje, ale ludzie najczęściej wchodzą tam, by przejść do umiejscowionego w głębi Starbucksa, ewentualnie do punktu z książkami elektronicznymi Nook.
W metrze i autobusie już teraz można spotkać więcej ludzi z Kindle niż drukowaną książką w ręku.

5. Rzecz niespodziewana zupełnie. Mario Vargas Llosa, ubiegłoroczny noblista, w tradycyjnej kolumnie “Czwarta strona” dziennika “El País”, poleca czytelnikom serial telewizyjny. “Spotkałem się z tak wieloma pochwałami pod adresem tego serialu, że od kilku już lat nie mogłem doczekać się, by ukraść nieco czasu na zobaczenie go. Zrobiłem to, w końcu, i rozkoszowałem się odcinkami pięciu sezonów jakbym czytał którąś z tych wieloczęściowych powieści – powiedzmy że Dickensa lub Dumas – które też ukazywały się w odcinkach w prasie na przestrzeni wielu tygodni.”
Chodzi o serial The Wire.
Na marginesie: “El País” w ubiegłą niedzielę zainicjował serię wydawniczą książek Vargasa Llosy, według “ABC” jednego z 35 najwybitniejszych Hiszpanów (ma obywatelstwo tego kraju, choć pochodzi z Peru). Na początek Święto kozła.

6. Za Chiny ludowe nie mogę sobie przypomnieć, gdzie to czytałem (być może “Babelia”, mój ulubiony tygodnik literacki), w każdym razie felietonista wyszedł z szyderczym pomysłem: jeśli dzieciom w szkole rozdaje się kondony – bo przecież kiedyś mogą im się przydać, to dlaczego nie rozdawać im książek – a nuż to też im się kiedyś przyda?

*

Ryszard Kapuściński: Zawsze miałem tylko jedno marzenie – mieć jak najwięcej książek.
Adam Królak: Moja “biblioteczka” tenisowa to ok. 1000 woluminów.

Kiedy w podstawówce przez szkolny megafon pani z biblioteki ogłaszała co roku wyniki tzn. konkursu czytelniczego, czułem więcej zażenowania niż dumy z faktu, że drugiego “zawodnika”* w klasyfikacji wyprzedziłem o 100% jego normy. Co w tym niezwykłego, że od września do czerwca miałem w rękach, powiedzmy, 80 książek? Jakby to było chociaż 200, to szacunek. Ale 80? I pani z biblioteki dobrze wiedziała, że tego wszystkiego nie przeczytałem. Od dziecka nie miałem cierpliwości, chciałem zrobić wszystko naraz, spróbować wszystkiego. Zostało do dzisiaj.

Biblioteki – najpierw szkolna, miejska, większa miejska, instytutowa, Jagiellońska, w końcu biblioteki barcelońskie, mające zupełnie inny klimat i zasady działania. W wieku, kiedy nie sięgałem jeszcze ręką najwyższej półki, zacząłem sygnować i numerować na stronach tytułowych swoje książki – tak jak robią to w bibliotece. Zrobiłem swoim książkom karty biblioteczne. Układałem je tematycznie. Kochałem przenosić swoje biblioteczki. Na biblioteczkę najważniejszą i najokazalszą wyrosła ta historyczna, i to nawet nie licząc pozycji z historii sportu. Mój dom jest tam, gdzie moje książki**.

* Drugim “zawodnikiem” był – raczej tak – Radzio. Czułem się gorszy, bo to on pożyczył mi więcej swoich książek, niż na odwrót. To Radzio przyniósł pracę domową z polskiego (napisz krótką baśń) w postaci zapisanego do pełna 16-kartkowego zeszytu.

** Książki, ale drukowane. To, że za jednym kliknięciem myszy mogę mieć dziesiątki tysięcy tytułów w formie elektronicznej – pomaga, oczywiście (znajdź szybko kluczowe słowo w danej książce). Ale jakby ktoś chciał przeznaczyć parę stówek na prezent dla mnie, ostrzegam że wolę prenumeratę “New York Review of Books” od Kindle czy innego czytnika ebooków.

Χριστόφορος

Posted in Uncategorized | 1 Comment

Polskie turnieje, do zobaczenia w nowym sezonie!

Kiedy raz pojedziesz na jakiś turniej tenisowy, zrobisz wszystko, żeby żadnego więcej nie opuścić. Tak było ze mną. Po raz pierwszy na challenger do Poznania pojechałam w 2008 roku, odpuściłam tylko Szczecin w tym samym roku i Sopot w roku bieżącym.

…żeby nie było tłoczno, ale żeby trybuny były pełne

W 2008 roku dostałam w Poznaniu wszystko, co najlepsze. Trafiłam na mecz pokazowy sióstr Radwańskich, Łukasza Kubota i Grzegorza Panfila. Atmosfera zarówno w Poznaniu jak i Szczecinie jest niesamowita. Duże miasta wchłaniają te wydarzenia, jakby to była codzienność. Spacerując po centrum mam wrażenie, że nikogo to nie obchodzi, tysiące ludzi wędruje po poznańskim rynku. Może to i dobrze, że nie wszyscy trafiają na korty klubu Olimpia w Parku Golęcińskim, bo nie ma tam aż tak dużo miejsca… Do piątku, czyli faz ćwierćfinałowych trybuny nie są przepełnione, a przecież Porsche Open zawsze jest rozgrywany w lipcu. Organizatorzy dbają o dobór spotkań, by choć w godzinach popołudniowych zapełnić korty. Udało się to w tym roku podczas meczu I rundy Łukasza Kubota. W Szczecinie jest inaczej, turniej jest rozgrywany we wrześniu, ale na kortach jest tłoczno każdego popołudnia. Słyszałam głosy, że ceniący się szczecinianin na kortach musi być, nawet jeżeli tenisem się nie interesuje. Okazuje się, że jest ciężko znaleźć kogoś, kto nie ma pojęcia o białym sporcie, kibice wymieniają uwagi na temat zakończonego US Open czy postawy Agnieszki Radwańskiej i wszyscy są na bieżąco. Jeśli wziąć pod uwagę to, że przychodzi się na korty fundacji Promasters całymi rodzinami, to być może w Szczecinie jest najwięcej fanów tenisa? Tłumy mogą zdenerwować, bo im więcej ludzi, tym trudniej celebrować ciszę pomiędzy kolejnymi wymianami. W Poznaniu jest to niemal niemożliwe, w Szczecinie dzieje się tak wyłącznie podczas meczów dnia. Nic nie zastąpi uczucia, kiedy gra Polak, walczy zażarcie, a publiczność żyje każdą jego piłką. Achy, ochy i głośne westchnięcia nie mają końca.

…to poczucie przynależności

Choć w Polsce ciężko zobaczyć gwiazdę największego formatu (Karoliny Woźniackiej nie liczę, bo tak naprawdę spędziła tylko kilka godzin w Szczecinie i nie był jedną z uczestniczek. Ciężko by było, w końcu to nie turniej kobiecy), to spotkanie na korcie z Łukaszem Kubotem, Alberto Montanesem (który pokonał w przeszłości Federera) czy Dustinem Brownem (jedna z barwniejszych postaci w cyklu ATP) zawsze jest sporym przeżyciem. Nagle okazuje się, że ci podziwiani wcześniej tenisiści są na wyciągnięcie ręki i nawet jeżeli przegrywają, to z wielką chęcią rozdają autografy i przyjmują gratulacje. Wcale nie oczekują też specjalnego traktowania na konferencjach prasowych. Rui Machado (tegoroczny zwycięzca z Poznania i Szczecina) sprawia wrażenie speszonego i zaskoczonego, że tylu dziennikarzy chce z nim rozmawiać. W Poznaniu tenisiści schodzą z kortu i właściwie znikają z pola widzenia kibicom. Ale w stolicy województwa zachodniopomorskiego zawodnik musi przejść długą drogę z szatni na kort czy też po odbiór rakiety z serwisu. Choć nie wiem czy to takie dobre, bo tuż przed meczem życzyłam jednemu z tenisistów powodzenia i później… gładko przegrał.

…ale cieszymy się z tego, co mamy

Trzy challengery, dziewięć męskich turniejów rangi ITF i trzy turnieje kobiece z cyklu ITF – to nasz polski dorobek. Kalendarz zmienia się, w tym roku powrócił Sopot i pojawiły się turnieje w Sobocie i Legnicy. Wciąż nie wrócił challenger we Wrocławiu, nie ma także żadnego turnieju ATP. Nie można powiedzieć, że imprez tenisowych jest mało, ale patrząc na inne kraje europejskie – jest ich za mało! Nie przyciągają lepszych zawodników, bo lepsi wolą startować w cyklach, większej ilości turniejów w tym samym kraju. Udało się tak zrobić z męskimi, ale turnieje kobiece kuleją pod tym względem.

Najważniejsze jest to, że kibice uwielbiają te turnieje niezależnie od rangi. Nawet imprezy z cyklu ITF (z pulą nagród 10 tys. dolarów), w których najwyżej rozstawiony zawodnik zajmuje miejsce w czwartej czy piątej setce rankingu, cieszą się dużą popularnością. Tenis przyciąga, a atmosfera uzależnia. Przyjedziesz raz i już wiesz, że te słowa rzucane na koniec: Do zobaczenia za rok! są kierowane również do ciebie.

Domi

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Grande mortalis aevi spatium

W ogóle gdzie ja wysiadłem z tego metra? Na Diagonal?! Wszystko przez to, że w dzisiejszym magazynie “El País” dali fragmenty z książki Johna Carlina, Rafa: My Story, którą hiszpańskojęzyczni czytelnicy dostaną na półki księgarni w najbliższy piątek. Widzę teraz recenzję w The Observer z datą 4 września, czyli trzeba zapolować na wersję oryginalną, której tekst – przynajmniej częściowo – musiał być znany już w sierpniu, kiedy mieliśmy tego agencyjnego newsa: http://www.sportowefakty.pl/tenis/2011/08/24/rafael-nadal-mogl-rzucic-tenis-i-zostac-golfista/

Z wypuszczenia na hiszpański rynek (auto)biografii Nadala zrobił El País Semanal historię na 5,5 rozkładówki. Co się dziwić. Wybierany najlepszym sportowcem nie tylko w kraju, ale i na świecie, Rafa jest chodzącą ikoną. Kiedy Carlin, autor książki, chciał wytłumaczyć kontroli celnej powód nieposiadania przez samego zainteresowanego, tegoż samego Nadala, wniosku o wpuszczenie do Australii, w styczniu tego roku, tamtejsi mundurowi, ponoć najbardziej restrykcyjni na świecie obok amerykańskich kolegów, odrzekli: “Oh, no problem. Absolutely no problem, Mr. Nadal!”.

- A grał Rafa? – od tego pytania zaczął już nie pamiętam kto, gdy rozmawialiśmy o jakimś turnieju, w którym Rafy być nie mogło. Ci Hiszpanie, którzy interesują się sportem generalnie, wymienią po Nadalu kolejnych tenisistów z szeroko pojętej dzisiejszej lub dawniejszej czołówki: Ferrer plus Verdasco. Kobiecy tenis? – Radwańska? Nie znam człowieka – słyszałem jeszcze zanim Isia zyskała wiele sławy w Tokio i Pekinie. Jakieś półtora-dwa lata temu uruchomiono kampanię na rzecz poprawy wizerunku kobiecego tenisa w Hiszpanii. Chwilę potem tamtejsza reprezentacja, uzbrojona w prezydenta związku i specjalistów-trenerów wszelkiego gatunku, przyjechała do Sopotu na Fed Cup. A oni tu dalej nie wiedzą jak pięknie gra w tenisa María José Martínez.

W mediach króluje Nadal, kilka długości za nim Ferrer, potem Almagro.

Obserwacja Pauli Kani z tygodniowego pobytu w Katalonii: – Jak spojrzysz na tutejsze dzieci to wszystkie biegają z Babolatami i chcą być Nadalami. Gdy byłam w Hiszpanii dwa lata temu spotkałam ojca z synem, który też miał Babolata, bandanę na głowie i na imię oczywiście… Rafa.

Masakrycznie biedna wioska w RPA, przy granicy z Zimbabwe. Wydeptane połacie ziemi, na których dzieci kopią piłkę, zostały przez nich ochrzczone jako “boiska Rafy Nadala”.

Federer najlepszy w historii? Wczoraj w magazynie “L’Équipe” wywiad ze Szwajcarem, nazwanym na okładce “najlepszym zawodnikiem w historii”. Najlepszy w tym sezonie? Đoković i basta. Kiedy jednak zapytano Borisa Beckera o to, którym z trójki Roger-Nole-Rafa chciałby dziś być, wybrał Nadala: – Bo jest najbardziej charyzmatyczny. Ludzie, którzy niekoniecznie lubią tenis, kochają Nadala – tłumaczył Niemiec.

Tekst Podróż do mózgu maszyny ozdobiony archiwalnymi fotografiami, na których oblicza kilku- lub kilkunastoletniego Rafy są niemal identyczne jak to dzisiaj. Jedno zdjęcie z Beckerem, obok którego stoi chudy Nadal, na oko 13-latek.

Część najbardziej pasjonująca to opis ostatniej godziny przed meczem, który zmienił wszystko: finał Wimbledonu 2008. Współdzielenie szatni z Federerem (podkreślenie, że to przyjaciel), jego spokój i jego drewniana ławka, rozmowy o futbolu jak przed pokazówką. Chęć przeobrażenia się na korcie w maszynę i świadomość kolejnego zawodu, że się nie uda, bo to niemożliwe. 45 minut przed meczem: zimny prysznic, jak przed każdym meczem, co pozwala Rafie “uruchomić się”, potem spotkanie z drem Cotorro, który robi mu zastrzyk w lewą stopę. Rafa zaznacza: w normalnych warunkach, gdyby nie czuł bólu od III rundy, nie zaakceptowałby tak spokojnie żadnego zastrzyku. Podziwia Federera: – Ból dotyczy chyba wszystkich uprawiającym sport wyczynowy, oprócz Federera. Ja musiałem przyzwyczaić się do bólu, podczas gdy on jakby narodził się, by grać w tenisa.

Potem trans, muzyka, podskoki, sprinty i minisprinty. Wujek Toni przypomina mu o planie gry, ale do Rafy w tym momencie jakby nic już nie dochodzi. On wie, co ma robić: jeśli musi zagrać 20 razy na bekhend Federera, zrobi to 20 razy, nie tylko 19. Denerwuje go tradycja wimbledońska: że asystenci wnoszą na kort centralny torby zawodników. To wybija go z rytmu. Dalej spokój trybun i trawy. Przed rozpoczęciem szuka jeszcze wśród tłumów twarzy rodziny (najpopularniejsza wśród operatorów/realizatorów transmisji jest dziewczyna, María Francisca, zwana przez Rafę Meri) i przyjaciół, ale nie dlatego, by w czasie meczu szukać u nich wsparcia, ale by wiedzieć, że są z nim. – Kiedy gram, wznoszę wokół siebie mur, którego cementem jest rodzina – mówi pięknie piórem Carlina.

To wszystko w 2008 roku. Rok wcześniej dramat, także opisany właściwym okolicznościom stylem. Bo gdy po przegranym finale Wimbledonu w 2006 roku Rafa nie musiał się zbytnio przejmować, to w sezonie 2007 kolejna porażka go załamała. Płakał pół godziny w szatni. Że wujek Toni krytykował to nic nowego, bo on krytykuje nawet po wygranych meczach. Ale wtedy powiedział Rafie, że będzie miał jeszcze więcej finałów Wimbledonu, i to wygranych. Rafa nie wierzył, będąc pewnym, że stracił właśnie ostatnią szansę w życiu, w wieku… 21 lat.

- Toni nie mógł zrobić nic, by zrobiło mi się wtedy lżej, ale okazało się, że miał rację.

Finał Wimbledonu 2008 historia zapamięta jako być może najlepszy mecz w dziejach białego sportu. Carlin i McEnroe twierdzą, że w ogóle nie widzieli lepszego meczu w żadnej innej dyscyplinie.

Posted in Uncategorized | Leave a comment